COMMANDO MARCH 2011
Pierwszy weekend kwietnia w kalendarzu naszej grupy tradycyjnie już jest zarezerwowany na wyprawę do deszczowej Szkocji. Tak też było i w tym roku. Z kraju wybrało się czterech Commandosów wspartych przez jedna pestkę. Jako iż na imprezę wybieraliśmy się po raz czwarty z rzędu nie było problemów z przygotowaniem ekwipunku i spakowaniem go na przelot samolotem.
W Edynburgu zameldowaliśmy się w czwartek 31 marca późnym popołudniem, gdzie czekali na nas nasi opiekunowie na czas pobytu na wyspach: Ania i Mariusz, członkowie i założyciele Klubu, obecnie stacjonujący w Hrabstwie Fife. Wprost z lotniska udajemy się na Mount Vernon Cemetery, zwany Mogiłą Samotnych Polaków, by oddać pokłon spoczywającym tam rodakom, wśród których wymienić należy powojennych prezesów Koła Kratkowanych Lwiątek i Komandosów Stanisława Radziwona i Macieja Zajączkowskiego. Jak to bywa na wyprawach czas szybko minął. Zmęczenie podróżą dawało się we znaki (tym razem lot mieliśmy z Gdańska i należało wyruszyć pociągiem o godzinie piątej z Poznania). Udajemy się na nocleg do mieszkania naszych gospodarzy. Następnego dnia z rana zwiedzamy jeszcze ruiny zamku w Kircaldy, a następnie ruszamy na północ do Spean Bridge.
Na miejscu oddajemy pokłon pod
odsłoniętym w 1952 roku Commando Memorial, a następnie udajemy się do
siedziby klanu Cameron’ów, gdzie podczas wojny mieściła się siedziba
Commando Depot - ośrodka wyszkolenia komandosów. Zwiedzamy północną część
dawnej bazy aż do Loch Lochy oraz okolice wodospadu, nad którym kręcono
znany film pt. „Rob Roy”. Popołudnie spędzamy na zwiedzaniu muzeum
poświęconego Commandosom i spotykamy się z resztą Polskiego kontyngentu
Moniką i Marcinem, którzy na imprezę przybyli z Irlandii. Po uczcie dla
duszy i oczu jaką niewątpliwie było zwiedzanie sali muzealnej, przyszedł
czas na piwko i to nie byle gdzie, bo w Commando Bar. Powoli zaczynało się
zjeżdżać pozostałe międzynarodowe towarzystwo, a następnie biesiadowanie
przeniosło się na camp, gdzie mogliśmy spróbować grilla po szkocku, który
może się schować do tego co z mięsem i innymi produktami wyczynia się w
Polsce. Atrakcją był sam kształt wspomnianego grilla, stylizowany na bombę
lotniczą. Po zapadnięciu zmroku część ekipy wybrała się jeszcze podziwiać
pomnik nocą.
W sobotę z samego rana szykujemy polowe mundury i przygotowujemy się do
głównej uroczystości spotkania - Marszu Pamięci. Przed wyruszeniem do
Achnacarry żandarmeria dokonuje przeglądu ekwipunku, wprawne oko empika
znalazło kilku delikwentów, którzy nie napełnili manierek woda, więc na
samym starcie zostali „docenieni” przez prowadzącego apel sierżanta.
Tradycyjnie na pace bedforda dotarliśmy pod Commando Castle, gdzie spotkała
nas miła niespodzianka, albowiem w zamku przebywał Szef Klanu, który na
widok międzynarodowego towarzystwa bardzo się ucieszył. Starszy pan zaprosił
nas na salony, dzięki czemu mogliśmy zwiedzić kasyno oficerskie. Około
godziny 10 ruszyliśmy na 7 milową trasę. Tempo było zdecydowanie lepsze niż
w latach ubiegłych, choć jak dla nas nadal za wolne. Od samego początku
zaczęliśmy śpiewać pieśni żołnierskie, a po kilku kawałkach po polsku
anglojęzyczni Commandosi próbują nieśmiało zanucić It's a Long Way to
Tipperary lecz nie są nawet w stanie dorównać solowym popisom Grecha.
Wracając jeszcze do śpiewu to w tym miejscu pochwała należy się skromnej
delegacji Rangersów za nieźle brzmiące amerykańskie przyśpiewki. Pododdział
przemieszczał się dalej, kiedy to paradnym krokiem przy akompaniamencie
dudziarza wkroczyliśmy pod pomnik ku uciesze przebywających tam akurat
turystów. Chwila pod pomnikiem podczas której Kapelan odmówił modlitwę za
poległych, a przedstawiciele przybyłych delegacji złożyli wiązanki upłynęła
niemal z taka samą prędkością z jaką szalał w tym roku wiatr. Po niej
ruszyliśmy na stację kolejową w Spean Bridge, gdzie uroczyście rozwiązano
marsz. Większość uczestników rozeszła się na kwatery, natomiast polska ekipa
ruszyła z powrotem do Achnacarry, tym razem zwiedzić południową część
ośrodka szkolenia, w którym między innymi znajdowały się tory przeszkód,
obozowisko i strefa lądowań łodzi desantowych. W tej jakże klimatycznej
scenerii odbyła się kolejna uroczystość podczas marszu - urodziny Ani, było
tradycyjne sto lat oraz tort. Czas jak już wspominałem płynął bardzo szybko
i pędem wracaliśmy do bazy, aby wyglancować obuwie i przygotować się na
uroczystą kolację. Całym towarzystwem spotykaliśmy się w holu Spean Bridge
Hotel, gdzie znów pełne ręce roboty ma żandarmeria. Każdy z uczestników jest
sprawdzany pod kątem kontroli wyglądu zewnętrznego, a następnie prowadzony
na wyznaczone miejsce. Podczas posiłku możemy po raz kolejny skosztować
szkockich specjałów w wersji bardziej cywilizowanego menu. Zupa podobna do
naszej jarzynowej, pieczone mięso czy ciasto z polewa czekoladową nijak maja
się do tego co kosztowaliśmy wcześniej czyli jajko w occie czy kanapki z
chipsami. Po zjedzeniu przyszedł czas na charytatywną loterie przygotowaną
przez Kapelana, a następnie odbyła się aukcja. W tym roku hitem okazała się
drukowana naszywka z godłem operacji połączonych.
Niedziela to już nieunikniony czas powrotu do domów, ale nie dla naszej ekipy, o dziesiątej startujemy w marszobiegu ze stacji kolejowej do ośrodka szkolenia. Na mecie okazuje się, że najszybszy w tym roku okazał się najstarszy z biegaczy Darek. Po rozdaniu nagród dla uczestników Speed March’u przyszedł czas na nasz powrót. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zwiedzili jeszcze jakiegoś ważnego dla nas miejsca. Odwiedziliśmy oczywiście znajdujący się w Cupar Kościół St John’s , w którym stacjonowała Kompania Commando w czasie formowania. Tym razem udało nam się wreszcie wejść do środka i pomodlić się. W dalszej drodze do domu odwiedziliśmy również ruiny Largo House. W poniedziałek w drodze na lotnisko wpadamy jeszcze na trening golfa, a następnie udajemy się do wioski Eddleston do Barony Castle przy którym znajdowała się główna kwatera 10 Armoured Cavalry Brigade generała Stanisława Maczka. W tym miejscu tworzono plany obrony Szkocji przed potencjalnym atakiem z Norwegii. Aby ułatwić sobie zadanie, żołnierze wykonali w pałacowym ogrodzie kilkunastometrową mapę Szkocji, na której rozstawiali modele jednostek wojskowych. Do dziś na pięknie odrestaurowanym zamku uwagę zwracają polskie orły, natomiast sama mapa jest w fatalnym stanie. Zwiedzanie tego miejsca było ostatnim akcentem naszej wyprawy, po którym udaliśmy się na lotnisko i w drogę powrotna do ojczyzny.
Podziękowania dla:
Ani i Mariusza za wikt i opierunek na wyspie, Marcina za wszystkie tłumaczenia i sprawy formalne, Moniki za obsługę foto.